HALSZKA 70   I      RADIO HOST

 AKUALIZACJA      23.02 - 05.03.2019 r.  

Życie w pigułce I
23.02.2019 marzycielka 69
 
Urodziłam się 4.04.1949 roku w przeciętnej rodzinie jak na owe czasy. Na świecie była już półtora roku moja siostra Janina. Byłam nie chcianym dzieckiem i zapewne gdyby było to w tych czasach, mama by mnie zabiła.Pewnego razu, jak już byłam nastolatką, mama z detalami opowiedziała mi co robiła, żeby mnie się pozbyć; a więc skakała z pieca na ziemię na wyprostowane nogi, dźwigała kotły z gotującym się praniem, brała gorące kąpiele, jednak nie dawałam się, nie wiedzieć dlaczego, skoro mnie nie kochała?Sześć lat po moich narodzinach przyszedł na świat mój braciszek Jan ku uciesze rodziny nie wyłączając mnie. Było moim kochanym braciszkiem. Zachowywałam się jakby to było moje dziecko a nie brat. Kiedy w nocy płakał, biegłam do niego żeby podać smoczek, Kładłam się koło niego i opowiadałam mu bajki, śpiewałam piosenki aż mama przyszła z butelką. Potem zasypiałam jak robiło się cicho. Oprócz opieki nad braciszkiem miałam inne obowiązki; pasłam jako dziecko krowy, obrządzałam zwierzęta, drób. Jak miałam dwanaście lat dwa razy dziennie doiłam krowy i podawałam paszę dla zwierząt. Kiedy poszłam do szkoły, opiekowała się mną moja siostra, pamiętam jak wyrwała sztachetę z płotu i pobiła chłopca, który ciągnął mnie za włosy. Oparło się o szkołę ten występek i oczywiście o rodziców, ale mój ojciec pochwalił za to moją siostrę.
 
Pewnego dnia, wyjechała mama z siostrą i po paru dniach wróciła, ale sama. Moja siostra została w sanatorium, okazało się, że ma gruźlicę. Potem nas ciągali po przychodniach i szpitalach, ale byliśmy zdrowi. Bardzo tęskniłam. Byłam zajęta szkołą, bratem, i przybywało mi obowiązków w gospodarstwie.
 
Kiedy wróciła siostra po roku czasu, była już inną dziewczynką, spoważniała, wyciszona i tylko głowa w książkach. Nie miałam specjalnie czasu na czytanie książek, zostawały mi tylko wieczory i to przy lampie naftowej, bo nie mieliśmy w ogóle założonego światła. Dlatego czytanie było rodzinne; jedna osoba czytała,reszta słuchała, a potem dyskusje.
 
Był to dla mnie ciężki czas, również dla naszej całej rodziny. Było ciężko, rodzice mieli problemy finansowe, przez co cierpiały również dzieci, a najwięcej ja. Bo Nina - tak nazywaliśmy moją siostrę - była chorowita, Januszek mały więc cała praca w gospodarstwie spadała na mnie i na ojca. Mama nie chodziła ani na pole do pracy ani do obory czy chlewika - to była moja robota. Teraz podejrzewam, że mama była chora na depresję, a babcia, no cóż, ugotowała obiad, pokrzyczała na dzieci, ot cała jej praca. Ojciec pracował w tak zwanych PGR-ach, od świtu do nocy, z przerwą, którą wykorzystywał do pracy w polu.
Pamiętam, jak ojciec krzyczał z byle powodu, bat, który trzymał w ręku często strzelał nad moją głową, bo coś źle zrobiłam, a przecież byłam tylko dzieckiem, i to małym. Bywało, że był dla mnie miły, a tego to już nie mogłam znieść. Kiedy mnie pierwszy raz pocałował, myślałam, że tak całują ojcowie, ale kiedy zaczął wyśpiewywać sprośne piosenki nad moim uchem o dorastaniu, nie wytrzymałam - powiedziałam mamie, ale ona to zlekceważyła. Powiedział kiedyś mamie żebym z nim spała, mama kazała mi iść do niego do łóżka. Nie spałam całą noc, jego ohydne łapy wędrowały po moim ciele. W końcu wziął moją rękę i położył na swoim przyrodzeniu, poczułam tylko wilgoć i obrzydzenie. Rano cały czas płakałam. Poszłam do szkoły i powiedziałam o tym wychowawczyni. Miałam wrażenie, że się wzruszyła, ale skończyło się na tym, że wezwali mamę, która wszystkiemu zaprzeczyła. Mama powiedziała do mnie, że takich rzeczy się z domu nie wynosi. Ale nie skończyło się na tym. Ponieważ poznałam chłopca, kumpla, którego ojciec był prokuratorem, kiedy mu to powiedziałam, opowiedział swojemu ojcu, nie wiem co było potem, bo mój ojciec już mnie nie tknął, ale za to wzmogła się agresja w stosunku do mnie.
 

Życie w pigułce II

23.02.2019 marzycielka69

Nasz dom był pięknie położony. Przed domem ogródek z kwiatami, po drugiej stronie ścieżki, która wiodła od furtki do domu, był ogródek warzywny. Podwórko duże, na końcu stała obora a w niej krowy - Krasula i Łaciata, obok chlewik ze świnkami, i tuż za nim kurnik z drobiem. Była też w głębi stajnia, gdzie stały dwa konie. Potem był duży sad. Pięknie wiosna wyglądała; bielone drzewa wapnem i kwiaty razem cudownie się skomponowały. W sadzie było ponad sto różnych drzew owocowych. Kochałam ten sad, zarówno wiosną jak i jesienią. Za sadem był las a obok łąki , gdzie pasło się krowy. Chociaż trzeba było dwa razy dziennie je wyganiać aby sobie poskubały trawy, lubiłam tam chodzić, ponieważ spotykaliśmy się w tym czasie z dzieciakami, które również pasły swoje krowy. Bawiliśmy się w różne gry, wtedy nie potrzebne nam były specjalnie nawet zabawki, wystarczyły patyki i kamyki. Paliliśmy ogniska, piekliśmy kartofle, nawet udawało się nam ugotować kisiel.

W letnie pory sianokosy, pielenie kartofli, buraków, walka ze stonką - pracy nie było końca. Nigdy nie byłam na wakacjach. Moje wakacje to pole i praca, ciężka praca w obejściu. Jak już były stogi zrobione, w stodole siano upchane, przychodził czas na ziemniaki, potem buraki. W sadzie natomiast było co zbierać, ponieważ mieliśmy wszystkie możliwe owoce. Najgorsze dla mnie było stanie z tymi owocami na rynku, kiedy koleżanki ze szkoły podchodziły do mnie ze wzgardą patrzyły jak sprzedaję te owoce. Kiedy w sadzie zostawały puste drzewa, ziemniaki w kopcach, buraki też, a w piwnicy słoiki z owocami, kompotami, dżemami, przychodził czas na tak zwane świniobicie - koszmar dla mnie.

Nie mam pojęcia czym się ojciec kierował, ale wziął mnie do zabijania świni kiedy miałam trzynaście lat, kazał mi trzymać miskę, żeby łapać krew potrzebna była do kaszanki. Wtedy nie wiem co się ze mną stało, zaczęłam się trząść na całym ciele, strach sięgał zenitu, wszystko zaczęło wirować a ja upadłam - i nic nie pamiętam dalej. Otworzyłam oczy a nade mną stał jakiś mężczyzna, leżałam na łóżku. Słyszałam tylko słowa matki, że nie wiedzą co się stało, chyba to dojrzewanie.
Od tego czasu jakbym jechała po równi pochyłej. Bałam się wejść do obory, stajni czy chlewika. Ciągle wydawało mi się, że umieram. Powiedziałam mamie, że umieram a ojciec, tylko krzyknął, że zaraz mi się odechce histeryzować. Zostałam z tym bólem sama. Ciągle sztywniałam, czy to na lekcji, czy na ulicy, łapało mnie kilka razy dziennie. Pogotowie przyjeżdżało do szkoły prawie codziennie. A ja nie miałam nawet z kim porozmawiać. Miałam dość życia. Chodziłam po swoim kochanym sadzie i myślałam, jakby sobie ulżyć.

Życie w pigułce III
23.02.2019 marzycielka69


Szkoła podstawowa dobiegła końca. Musiałam wybrać szkołę średnią. Zdałam egzamin do Zasadniczej Szkoły Rachunkowości Rolnej. Sam wyjazd na egzamin był pełen stresów, ponieważ nie było połączenia i musiałam pojechać do taksówką. Nie miałam tyle pieniędzy, ale taksówkarz był na tyle grzeczny, że zawiózł mnie, ufając, że oddam mu te pieniądze. Oczywiście po powrocie do domu mama sama je wysłała. A ja wróciłam do domu dzięki koleżance, która dała mi pieniądze na drogę.
Wakacje jak zwykle były pełne roboty. Przez te dwa miesiące krążyłam między polem, sadem, zwierzętami, Nie było czasu na nic innego. Jedynie co mogłam zrobić dla rozrywki to poczytać sobie swoje ukochane książki. W tym czasie zaczytywałam się w książki Sienkiewicza i Dumasa. Te słynne słowa "kończ waść wstydu oszczędź" i na mnie działały.
W końcu przyszedł czas wyjazdu do szkoły. Droga była długa, uciążliwa ja dla czternastolatki, która sama musiała sobie radzić z bagażami i lękiem przed nieznanym. Budynek internatu i jednocześnie szkoły był okazałym zamkiem. Pięknie położonym wśród zieleni. Kiedy weszłam do środka onieśmielił mnie wystrój i wielkość tego wnętrza. Gwar był ogromny. Z jednej strony budynku był internat dla dziewcząt z drugiej dla chłopców. Dostałam miejsce w sali gdzie było nas pięć dziewcząt. Jakoś szybko udało nam się ze sobą złapać kontakt. Wszystkie tak samo jak ja pochodziły z gospodarstw rolnych.
Pierwsze co robiliśmy to zagoniona nas do sprzątania tego pałacu. A było co robić. Nie wszyscy umieli to robić. Ja nie sprzątałam nigdy w domu, to robiła babcia z mamą, ja natomiast byłam od tych robót na polu.Dlatego nie było mi łatwo. Po paru godzinach wnętrze budynku błyszczało czystością. Pierwszy obiad, potem już pan dyrektor zrobił apel i dowiadywaliśmy się jakie zasady w tej szkole panują.
Lekcje jak w każdej szkole przebiegały w ciszy i spokoju. W tamtych czasach nauczyciel miał autorytet. To od niego czerpaliśmy wiedzę, która potem owocowała w pracy.
W tej szkole duży nacisk kładło się na sport. Rano zawsze była gimnastyka i przebieżka, a po południu różne ćwiczenia i zawody. Ja zostałam przydzielona do siatkówki, rzutu kulą, oszczepem i młotem. Dużo ćwiczyliśmy, żeby, jak to mówił dyrektor, nabierać wprawy.Ale ja początkowo nie czuła się dobrze. Bardzo tęskniłam za moim życiem jakie znałam. Brakowało mi tego wszystkiego, co zostało w moim gospodarstwie.Odbiło się to na moich ocenach. Dużo płakałam, pisałam do domu, żeby mnie zabrali, będę wszystko robić, tylko jedno chcę - być tam. Niestety, rodzice byli nieugięci.
Z czasem zaczęłam się przyzwyczajać i wszystko wróciło do równowagi. Nauka szła mi bardzo dobrze, w sporcie też nie narzekałam, Pojawiła się pierwsza, młodzieńcza miłość. Takie nieudolne przybliżanie się do siebie. Czasami udawało nam się porozmawiać kiedy byliśmy na treningach. Udało się nawet uścisnąć sobie dłonie - dziwne to było uczucie.
Miałyśmy głupie pomysły, robiłyśmy koleżanką wredne kawały. Jedna z nich była donosicielką, więc zrobiłyśmy jej w nocy rowerek. Polegało to na tym, że wkłada się między palce u nóg kawałki gazety i podpala, a ponieważ to było we śnie, to nieźle poparzyłyśmy koleżankę. Kara była ogromna - szorowanie garów w kuchni i wrzucanie węgla do piwnicy. Nasz palacz miał dobrze, bo ciągle ktoś miał jakąś karę, więc węgiel wrzuciły mu dzieciaki do piwnicy.
Życie w pigułce IV
24.02.2019 marzycielka69
 
Nadeszły pierwsze moje wakacje w szkole średniej. Cieszyłam się, że jadę do domu, tęskniłam do tego wszystkiego, co dobrze znałam. Tęskniłam za lasem, gdzie kukułka wyśpiewała mi wiele spraw, za moimi pieskami, kotkami, które chodziły za mną po obejściu. Weszłam uradowana do domu, przywitałam się z rodziną, pobiegłam do krów, świnek, nawet kury policzyłam. Biegałam po sadzie jak małe dziecko. W końcu przyjechał furmanką ojciec i wszystka radość zniknęła. Przywitał się ze mną i od razu zagonił do roboty, twierdząc, że odpoczywać to będę w internacie, a tutaj to trzeba robić. Wróciłam zatem do tego co robiłam zawsze - do kieratu. Tak wyglądały moje wakacje.
 
Jak już wspomniałam, miałam chłopaka, wtedy to nazywało się, że to jest kolega. Napisał do mnie w tym czasie kilka listów, których w ogóle nie dostałam. Moja kochana mama wszystkie spaliła. Jak wróciłam do internatu we wrześniu, spotkałam się z wyrzutami, że nie odpisałam do niego. Byłam zdziwiona, nie wiedziałam o co chodzi. Jak byłam na przepustce, wszystko się wydało.
 
Mama mnie chyba nie kochała, natomiast wiem, że kochała siostrę moją i brata. Kiedyś przypadkiem podsłuchałam jak rozmawiała mama ze swoją przyjaciółką, że moja siostra to jest piękna dziewczynka i z niej coś na pewno będzie, tak samo jak piękny synek, a ja no cóż, ze mnie miało nic nie być bo taki kopciuch. Płakałam strasznie, chyba z tydzień, chodziłam po sadzie, lesie, z krowami na pastwiska i zastanawiałam się po co ja żyję. Skoro nikt mnie nie kocha, po co ja jestem komu potrzebna, tylko parobek do roboty. Czułam, że jest to niesprawiedliwe. Siostra co zapragnęła to miała, ja miałam to, co siostra już nie chciała nosić.

Życie w pigułce V

25.02.2019 marzycielka69

Powrót we wrześniu do internatu nie był już dla mnie czymś nieznanym czy przykrym. Wróciłam do tych samych koleżanek i kolegów, do tego samego pokoju. Jak to dzieciaki, biegałyśmy po znanych nam terenach wokoło internatu. Opowiadań nie było końca. Tylko ja nie miałam co opowiadać, dlatego zazwyczaj milczałam. Wszystko było takie same; profesorowie, klasy, tylko inne tematy do przerobienia i zapamiętania. Nie miałam problemu z nauką, pomagałam innym, pomagałam też koleżankom z niższych klas.
 
Dyrektor a zarazem wykładowca był wspaniałym człowiekiem aczkolwiek surowym. Dzięki niemu zakochałam się w siatkówce, to były moje ulubione mecze jakie grałyśmy między innymi szkołami. Na jednym takim wyjeździe zachorowałam na zapalenie nerek. Wywieźli mnie karetką do szpitala, byłam tak spuchnięta, że nie mogłam nic na siebie włożyć i zawinęli mnie w koce i tak zawieźli. Leżałam tam między dorosłymi ludźmi przez miesiąc czasu. Nikt mnie nie odwiedził. Raz przyjechała wychowawczyni internatu i przywiozła mi rzeczy. Zatem sport, to nie jest zdrowie. Po szpitalu nie pojechałam do internatu tylko kazali mi jechać do domu i jeszcze odpoczywać. Tylko nikt nie wiedział, że w moim domu się nie odpoczywa, tylko pracuje.
 
Po miesiącu wróciłam do szkoły. W internacie dopiero zaczęłam odpoczywać. Nikt mi nie pozwolił już chodzić na treningi. Ale za to zarówno profesorowie jak i wychowawcy zadbali o to , żebym nadrobiła materiał z dwóch miesięcy. Siedziałam często do godziny dwudziestej czwartej nadrabiając materiał razem w wychowawcą, który w tym czasie miał dyżur. Ponadto na bieżąco musiałam odrabiać lekcje. Trochę było ciężko, ale się udało. I tak toczyło się moje życie przez cztery lata chyba najlepszego okresu w moim życiu.
 

Życie w pigułce VI

25.02.2019 marzycielka69
 
Wchodziłam w dorosłe życie. Miałam osiemnaście lat, długie jasne warkocze, szczupłą sylwetkę, zgrabne nogi i dziwne spojrzenia chłopców. Szkoła już za mną, brak możliwości dalszego kształcenia, zatem trzeba było iść do pracy. Mój braciszek już miał dwanaście lat i udawał dorosłego. Bawiło mnie to jak pouczał co powinnam robić i jak robić. Ojciec nieźle go wyćwiczył w takim postępowaniu. W maju skończyłam szkołę a pierwszego lipca już pracowałam w PGR jako stażystka. Moja praca polegała na tym, że wykonywałam polecenie głównego księgowego. Uczyłam się w ten sposób praktyki w zawodzie. Nie mieliśmy żadnych udogodnień, tylko kopiowe ołówki, liczydła i własną inteligencję. Razem ze mną przyszedł na staż kolega, który potrzebował punktów, żeby dostać się na studia rolnicze - jak ja mu zazdrościłam, Ale to co my wyprawialiśmy to dyrektora wprawiało o palpitacje serca. Na przykład poszliśmy sobie pojeździć takim ciągnikiem na gąsienicach, nazywaliśmy go DET. Nie za bardzo nam to szło, dlatego zoraliśmy całe podwórko wokół biura. A potem nie umieliśmy go zatrzymać. Dyrektor kazał nam całe podwórko zagrabić grabiami. Dla nas była to zabawa. Dwoje gówniarzy bawiło się dużymi zabaweczkami. W tym czasie nauczyłam się palić papierosy. Nie wiem dlaczego, może małpowałam po rodzicach, bo oboje palili. Kolega wychodził ze siebie żeby mi obrzydzić, nadaremnie, spodobało mi się.
 
Wracając do domu z pracy przechodziłam obok naszego pola gdzie były zarówno ziemniaki jak i buraki. Haczki zawsze leżały w rowie, nie umiałam przejść obojętnie koło zarośniętego pola, Kładłam buty i torebkę w rowie i pieliłam aż zmierzchało, często bez jedzenia i picia - ważne, że było zrobione. Tak mam do dzisiaj.Nie umiałam też patrzeć na cierpienia zwierząt dlatego opiekowałam się nimi. Wyrzucałam obornik, ścieliłam im słomę, żeby miało milusio. Opowiadałam im swoje marzenia, przeżycia, one nie dyskutowały tylko grzecznie słuchały. Do mnie nadal należało dużo pracy, znacznie więcej niż dawniej. Teraz jeszcze musiałam pilnować, żeby było pod dostatkiem narżniętego drewna i porąbanego i oczywiście zanieść do domu, ale w tym pomagał mi już brat. Zimy były bardzo mroźne. Niebo iskrzyło gwiazdami, księżyc pięknie oświetlał teren, można było iść na spacer. Gwiazdy spadały z nieba, gasnąc po drodze. Cisza i spokój jaki wtedy panował, był dla mnie cudownym przeżyciem.

Życie w pigułce VII

26.02.2019 marzycielka69

 

Rok stażu minął bardzo szybko. Dostałam przydział do innego miejsca już w charakterze księgowej. Duża odpowiedzialność jak na dziewiętnastoletnią dziewczynę. Nie było to jeszcze najgorsze, ponieważ miałam bardzo fajną Panią dyrektor, która rozumiała młode osoby na starcie w dorosłe życie. Jedno co było uciążliwe, to dojazdy do pracy. Musiałam wstawać rano, iść do autobusu cztery kilometry, dojechać do pracy i się nie spóźnić. Na moje nieszczęście do mojego zakładu przyjeżdżali wojskowi po ziemniaki i jeszcze po coś, ale nie pamiętam. I pewnego razu zawołała mnie Pani dyrektor do swojego biura. Za biurkiem siedział wojskowy w stopniu kapitana, przywitał się ze mną. Pani dyrektor powiedziała do mnie, że zostałam przydzielona do pracy w wojsku do dyspozycji żywieniówki - nie pamiętam jak to się nazywało. Mogłam się nie zgodzić, ale te koszary były w mojej miejscowości, zatem odpadały dojazdy. Biuro poza koszarami, więc nie będę miała styczności z żołnierzami. Pan kapitan przedstawił moją pracę w taki sposób, że wydawała się bajką; spokój, nikt nie będzie mnie nachodził ani dokuczał. Okazało się to jednak kłamstwem. Już pierwszego dnia gdy weszłam do biura, miałam wszystko przygotowane, łącznie z umową. Do mnie należało układanie jadłospisu, księgowanie wydatków, kontrola nad wydawaną żywnością. Przeraziło mnie to. Ale jeszcze musiałam złożyć przysięgę pod karą więzienia za paplanie na lewo i prawo co się dzieje we wojsku. Dostałam kody dostępu do szafy pancernej i dostępu do biura. Dla mnie to było okropne. Ale cóż, sama się zgodziłam. Na dokładkę Pan kapitan okazał się chamem i gburem, który miał mnie za żołnierza a nie pracownika cywilnego. Wytrzymałam około trzech miesięcy, i pewnego dnia po prostu nie poszłam - nie dałam rady iść w łapska uzurpatora. Zadzwoniłam do Pani dyrektor z poprzedniego zakładu i spytałam dlaczego on chciał mnie do pracy. Zaskoczyła mnie jej odpowiedź. Powiedziała, ze on sobie ceni pracowników po szkołach rolniczych. Potem zaczęła się niezła jazda. Pan kapitan straszył mnie, że postawi pod sąd wojskowy, i mi udowodni, że wynosiłam dane, że obgadywałam wyższych rangą i inne bzdury. Nic nie zrobił, po pewnym czasie się dowiedziałam, że wyrzucili go na emeryturę. Zostałam bez pracy. Przez miesiąc czasu robiłam wszystko w naszym gospodarstwie. Ale nie czułam się z tym dobrze, ponieważ uważałam, że powinnam przynosić pieniądze do domu. Pewnego razu mama przyszła z miasta i powiedziała, że mam iść nazajutrz na rozmowę o pracę.

Życie w pigułce VIII

26.02.2019 marzycielka69
 
Zaczęłam pracę jako samodzielna księgowa w Kółkach Rolniczych. Miałam pod sobą trzy. Ponieważ była to praca daleko od mojego domu, dlatego wyprowadziłam się i zamieszkałam na stancji. Moja gospodyni miała 25 lat, dwoje dzieci, męża pijaka i rodziców. Mąż nie mieszkał w domu, czasami przyjeżdżał, ale na krótko. Spartańskie warunki, jakoś znosiłam, nie było najgorzej. Miałam przecież niespełna dwadzieścia lat i daleko do domu. Nie było żadnej nade mną kontroli, więc dostawałam małpiego rozumu. Wokoło mnie kręciło się sporo chłopaków, których nie brałam na serio. Koleżanki też poznałam różne. Największą koleżanką a później przyjaciółką okazała się właśnie ta gospodyni - Walentyna. Poznała mnie ze swoim kuzynem, blondynem o niebieskich oczach. Codziennie po mojej pracy przychodził po mnie i chodziliśmy na długie spacery. Jego ojciec nie żył a matka była w zakładzie psychiatrycznym. Miał sporo ziemi i piękny dom. Ale mieszkał u ciotki ponieważ dom trzeba było wyremontować. Wybuchło między nami niesamowite uczucie. Kiedyś pojechałam do domu, i opowiedziałam mamie o nim. Wydawało mi się, że mama to przyjęła ze spokojem i aprobatą. Już minął rok jak nasze uczucie rosło. Planowaliśmy przyszłość. Pewnego razu przyjechała do mnie mama, żeby poznać moją gospodynię i oczywiście chłopaka. Wypytała o wszystko co tylko jej na myśl przyszło, Pojechała. Po tygodniu przyjechała moja siostra i zaczęła robić wykłady co mnie czeka z takim chłopakiem w przyszłości -wszystko w czarnych barwach. Chciała porozmawiać z nim, więc ich zostawiłam samych. Po niespełna pół godzinie, siostra przyszła do mnie i powiedziała, że już musi wracać więc idzie na autobus. Chłopak przyszedł do mnie i powiedział, że nie możemy być razem, i poszedł. Nie poszłam za nim, stałam jak wryta i tylko płakałam. Chyba to trwało jakieś tydzień czasu. Po latach spotkaliśmy się. Już miałam córkę i męża, ale dowiedziałam się, że siostra zagroziła, że jeśli nie zostawi mnie, to ona przyjedzie ze swoimi kumplami i wybiją mu z głowy żeniaczkę ze mną. Chyba zbyt słaba to była miłość skoro się wystraszył. Potem już tylko się bawiłam, dużo chodziliśmy na zabawy, chodziło się całą gromadą, nie tak jak teraz. Kiedyś młodzież inaczej się bawiła. Ale kiedy miałam imieniny, wszystka młodzież przyszła do mnie z kwiatami. Ustawiliśmy ławy na dworze i do rana bawiliśmy się na wesoło. Rano nie było ani jednego kwiatka na rabatach, wszystkie były u mnie. Czas szybko mijał. Ojciec nie dawał rady, musiałam wracać do domu.

 

 
Życie w pigułce IX
28.02.2019 marzycielka69
 
Powrót do domu był dla mnie jakby zderzenie z dwoma światami. Znowu powracałam do kieratu. Ale najpierw musiałam znaleźć sobie pracę. Po kilku tygodniach zaczęłam pracować w sklepie meblowym. To była spokojna praca. Mebli wówczas w sklepie było niewiele, jak przyszedł transport, znikały w przeciągu jednego dnia. Natomiast po powrocie do domu z pracy, zjadłam obiad i w pole. Wieczorem jeszcze obrządek w tak zwanym obejściu i można zasiąść do czytania książki. W tym czasie rodzice rozważali przeprowadzkę. Ojciec nie dawał już rady, a my z bratem byliśmy już przemęczeni, natomiast moja siostra po skończeniu szkoły nawet nie myślała o powrocie do domu. Dostała pracę daleko od naszej miejscowości i tylko przyjeżdżała dwa razy w roku, na święta. Wówczas mama promieniała - jej ukochana córka jest w domu! W tym czasie zaczęli pojawiać się w naszym domu chłopcy, chodziłam z nimi do kina, na zabawy, na karuzelę, spacery. Ojciec twardo trzymał mnie i moich adoratorów, każdy z nich przechodził pouczenia ile może i co mu grozi. Ale mogłam wychodzić tylko w niedzielę. W końcu rodzice przeprowadzili się do innej miejscowości, gdzie ojciec objął kierownictwo nad PGR. Już nie mieliśmy tak dużo pola tylko działkę na ziemniaki, nie mieliśmy już krów, koni, były tylko dwa świniaki i kury. Warzywnik był blisko domu a przed domem piękne kwiaty. Dla mnie natomiast było to uciążliwe, wprawdzie nie było to tak daleko ale dojazd makabryczny. Musiałam iść do autobusu przez las trzy kilometry a potem dojechać do pracy. Bałam się tego lasu zwłaszcza zimą, ponieważ wokoło były dziki, lisy i wolę nie wiedzieć co jeszcze. Poznałam młodzież z tej wioski, było ich sporo. Pierwszego dnia przyszli pod mój dom żeby się przywitać, oczywiście z ciekawości. Wyszłam do nich i zapoznałam fajną młodzież. Poszliśmy nad jezioro, rozmawialiśmy do późna, nie chciało mi się wracać do domu. To był kwiecień 1970 roku. Skąd ta data? Zaraz się wszystko wyjaśni. Pewnej niedzieli poszliśmy grać w siatkówkę. Była piękna wiosna. Gra była niesamowita, ja znałam dobrze zasady jeszcze ze szkoły a oni wszyscy o dziwo, dobrze grali. W pewnym momencie przyjechało na motorze dwóch chłopców z innej miejscowości. Odświętnie ubrani jak przystało na kawalerkę w niedzielę. Zrzucili marynarki i też przyłączyli się do gry. Po skończonym meczu zmęczeni ale radośni przysiedliśmy na schodkach jednego domu i ktoś zaczął grać na akordeonie, ktoś inny na gitarze, i rozpoczęło się nasze śpiewanie. Jeden z tych chłopców zaczął ze mną rozmawiać. nawet dobrze się bawiłam w jego towarzystwie. Niedziela się skończyła, więc czas się rozejść do domów, rano praca nas czekała. Przyjemna, wiosenna pogoda zapraszała do spacerów. Nie mając już w domu wiele do roboty spotykałam się z młodzieżą, Wieczorami chodziliśmy na spacery, był to nasz taki codzienny rytuał; wszyscy przychodzili pod mój dom, ponieważ mieszkałam nad jeziorem, i szliśmy na spacer, rozmawiając, śmiejąc się i opowiadając jak nam zleciał dzień i co fajnego nas spotkało. Coraz częściej spotykałam się z tym chłopcem, którego poznałam przy grze w siatkówkę. Był zawodowym kierowcą. Przyjeżdżał do mnie do pracy prawie codziennie na przysłowiową kawę. Czas szybko mijał. Swój wolny czas poświęcałam na spotkanie z moim chłopakiem. Wtedy nie było telefonów tak jak teraz, był przeważnie jeden na całą miejscowość. Dlatego bardzo często musiałam biegać do biura mojego ojca, gdzie był telefon, ponieważ mój chłopak będąc w trasie dzwonił do mnie skąd się dało i ile się dało. Sobotę zazwyczaj spędzaliśmy po południu razem i oczywiście niedziele po południu były dla nas. Lato było piękne, a my wpatrzeni wsiebie. Pewnej niedzieli, gdy byliśmy na spacerze zaczęliśmy rozmawiać o naszej wspólnej przyszłości. Zgodziliśmy się z tym, że czas pomyśleć o ślubie. Zaręczyny przyjęte. Od razu poszliśmy do moich rodziców z tą wiadomością, a potem pojechaliśmy 
do jego rodziców. Za tydzień nasi rodzice już się spotkali aby omawiać nasz ślub. Stwierdzili, że nie ma na co czekać żebyśmy czegoś nie zbroili - to ich słowa. Spotkanie z jego rodziną nie podobało się mojej mamie, ojciec był obojętny na to wszystko. Ale ja nie czułam zagrożenia. Mama mnie prosiła, żebym nie wiązała się z tę rodzinę, ale cóż, młodość jest ślepa i głupia. Teraz musieliśmy szukać obrączek. Wtedy nie było to łatwe. Pojechaliśmy do miasta wojewódzkiego. Dowiedzieliśmy się, że za tydzień będzie dostawa. I tak zaczęły się przygotowania do ślubu i wesela.
 
ŻYCIE W PIGUŁCE X
04.03.2019 marzycielka 69
 
Za tydzień pojechałam sama po te obrączki, ponieważ mój narzeczony musiał jechać w trasę. Wystałam się bardzo długo w kolejce, i wzięłam obrączki jakie były. Wtedy się nie wybrzydzało. Wieczorem pojechałam do jego rodziców i zostawiłam tam obrączki. Jego rodzice, jego siostra byli zadowoleni z tego naszego przygotowania do wesela i ślubu. Zwłaszcza jego siostra lubiła doradzać. Od tego czasu miałam ich wszystkich na głowie. Nie było dnia, żeby ktoś od nich nie zajrzał do mnie do pracy. Pomysłów i wskazówek nie było końca.
 
Zaczęły się problemy z suknią. Nie dostaliśmy nigdzie. Mojej mamy przyjaciółka zaproponowała, że uszyje mi suknię jej córka. Teraz trzeba było dostać materiał. Jakimiś krętymi drogami dostałam z Niemiec piękną koronkę i spód z atłasu. Sukienka wyszła śliczna. Nie mam pojęcie skąd mama z przyjaciółką dostały buty białe, rękawiczki, welon, i bieliznę. Byłam gotowa do ślubu. Zbliżał się koniec jesieni. Listopad jak zawsze był deszczowy.
 
Mój narzeczony też wszystko miał zapięte na ostatni guzik. Wtedy zaczęły się u mnie jakieś wątpliwości. Podsycała cały czas mój niepokój mama. Moja babcia złościła się na mamę, że przecież powinnam już wychodzić za mąż, bo mam dwadzieścia jeden lat. Ojciec obojętnie na to wszystko patrzył. Nie zabierał głosu, jak twierdził, kobiety zawsze paplają.
 
Zbliżała się data ślubu cywilnego. Dziewiętnastego grudnia pojechaliśmy do Urzędu Stanu Cywilnego. Uroczystość była skromna, bo za tydzień ślub kościelny. Obiad po tym ślubie cywilnym zrobiła moja teściowa u siebie w domu. Rozpoczęło się ucztowanie.
 
Zobaczyłam coś, czego nie chciałam zobaczyć nigdy; agresję jaką znałam z własnego domu. Mój mąż i jego siostra zaczęli się w pewnym momencie kłócić, powoli do tej kłótni dołączali się ich rodzice, z tego wszystkiego wynikła niezła pyskówka. Patrzyłam i nie dowierzałam. Teraz wiedziałam o czym mówiła moja mama.
 
Mama patrzyła na mnie ze łzami w oczach. Przytuliłam się do niej, ojciec mój jako rozjemca nieźle sobie poradził z wyciszeniem tych emocji. Alkohol zamieszał im jak widać w głowach. Moi rodzice nigdy nie pili, w moim rodzinnym domu nikt nie kupował alkoholu, a tutaj, on był już w pierwszym dniu mojego małżeństwa.
 
Ponieważ dla naszych rodziców ważne było, żeby młodzi byli czyści moralnie do ślubu kościelnego, dlatego pojechałam z moimi rodzicami i rodzeństwem do rodzinnego domu. Byłam w ogromnym szoku. Agresja i teraz będzie mi towarzyszyła do końca moich dni? Miałam tydzień czasu dla siebie. Był to bardzo trudny okres w moim życiu. Mój mąż przyjechał do mnie z kwiatami. Ale nie był sam, był z nim jego ojciec. Nie wiedziałam jak się zachować. Jakież to było trudne. Z jednych łap agresora w drugie takie same? A może się to zmieni? Jak mój teściu powiedział; nie ma już odwrotu. Po cichu planowałam ucieczkę. Spakowałam sobie najpotrzebniejsze rzeczy do walizki. Chciałam w nocy wyjść z domu nie mówić nic nikomu, pojechać do mojej przyjaciółki, a potem daleko, poza Warszawę, gdzie mogłam objąć gospodarstwo po moich dziadkach. Wujek pewnego czasu mnie do tego namawiał. Nikt o tym nie wiedział.
 
Płakałam długo i na swoje nieszczęście zasnęłam w najmniej korzystnej dla mnie porze. Jak się obudziłam, wszyscy już siedzieli przy kawie. Nie udała się ucieczka. Nie umiałam porozmawiać z mamą, przecież to była dla mnie porażka. Babcia zaczęła coś mówić o odpowiedzialności w małżeństwie, że małżeństwo to nie tylko śmiechy ale też i łzy; podziękowała za takie małżeństwo. Tydzień szybko zleciał. W dzień ślubu kościelnego przyszły moje koleżanki ubierać mnie do ślubu. Masakra, tego nie zapomnę, jak zwierzę prowadzone na rzeź. Przyjechały po mnie dwa autokary ludzi, dwa samochody, orkiestra i na czele mój mąż. Nie umiem opisać uczucia jakie mi towarzyszyło. Te ich przyśpiewki, docinki głupie, prostactwo. Widziałam, że i mój mąż nie czuje się komfortowo w tej sytuacji. Jednym samochodem jechałam ja z drużbami a w drugim mój mąż z druhnami. Jakieś dziwne obrzędy, ale cóż, trzeba było przez to przebrnąć. Już w kościele rozluźniłam się. Obok nas siedziała druga para, fajna dziewczyna, rozchichotana i mi się to udzieliło. Zatem same zaślubiny przebiegły na luzie.

UWAGA TEST PRYWATNOSCI

TEST HALSZKA 70

2019-03-07 08:01
HALSZKA 70

halszka70.blox.pl   

UWAGA

Chcę zostawić tę pigułkę mojego życia dla moich dzieci, być może też rodziny. Może kiedyś, gdy przyjdzie na to pora, w końcu mnie zrozumieją. Zatem zaczynam.
Życie w pigułce I 
 
Życie w pigułce I
Życie w pigułce II
Życie w pigułce III
Życie w pigułce IV
Życie w pigułce V
Życie w pigułce VI
Życie w pigułce VII
Życie w pigułce IX
Życie w pigułce X
 

 

 

ORG

HALSZKA 70